...we found love in a hopeless place... >> czwartek, 17 listopada 2011 14:50:29
Uwielbiam ten moment w samolocie, kiedy z pustynnego krajobrazu wylaniaja sie pierwsze zielone drzewa arganowe, a za nimi mury Czerwonego Miasta.
Marrakech jest magiczny... Miasto soukow i ogrodow. Zgielku i halasu, pieknej muzyki i przenikajacej ciszy. Miejsce, gdzie skrajnosci wypelniaja sie i uzupelniaja. A w samym sercu Jemaa-el-Fna - dom gawedziarzy, zaklinaczy wezy, wrozbitow i tancerzy. Kiedys kupie bilet w jedna strone. Jeszcze nie teraz, ale kiedys. Poki co wrocilam 3 tygodnie temu i wracam tam za kolejne 4 tygodnie... Ciagnie mnie chec poznania... ;-)
No i Essaouira. Najpiekniejsze, najbardziej klimatyczne nadmorskie miasteczko, jakie widzialam. Cudowna plaza, cieply Atlantyk, stateczne mury starego portu...
Moze moj dom bedzie w Afryce, w krainie Maghreb, gdzie zyje sie wolniej, a jakby bardziej intensywnie...
komentarze [0]I'm not gonna write you a love song... >> wtorek, 2 sierpnia 2011 17:00:02
Zabawne, jak wakacje potrafia zreperowac kulejacy zwiazek. Juz, juz mialam go dosc i bliska bylam zatrzasniecia drzwi, bo nie moglam zdzierzyc tego maruderstwa, zrzedzenia i ogolnego letargu, a tu nagle sie okazalo, ze facet tez czlowiek i ma czasem krotkotrwaly gorszy okres, po ktorym wszystko wraca do normy. Przepiekny czas na Wyspach Kanaryjskich przyblizyl nas do siebie i nauczyl chyba wiekszej tolerancji wobec swoich schiz i dramatow. Cudownie bylo plywac w cieplym oceanie, siedziec noca na plazy i sluchac siebie nawzajem. Luksus :-) Teraz trzeba mi przezyc 11 tygodni do nastepnego wyjazdu. Znowu Afryka. Marrakech wzywa :-) W miedzyczasie weekend w Wawie. Tez z lubym. Na obiadku u mamusi ;-)
T. jest w ciazy. Szok. Mi sie juz chyba nigdy nie odmieni...
komentarze [1]...I want you forever in my life... >> czwartek, 3 marca 2011 14:50:25
Marzec juz i pachnie wiosna. Jeszcze troche i maj! A w maju Portugalia!
Doczekalam sie w koncu spelnienia przepowiedni A., ktory mi powiedzial 6 lat temu (!!!), ze w styczniu 2011 zejde sie z czlowiekiem, z ktorym kiedys mi nie wyszlo, ale tym razem wyjdzie i to na dobre. Jeszcze nie wyszlo na dobre, ale idzie w dobrym kierunku. Pojawil sie 3-go stycznia i tym razem nie zniknal ;) Bylismy 2 tygodnie temu na dlugim weekendzie w Kornwalii, tydzien temu wypad do Brighton. Cudowne przerwy w codziennym harmidrze zdarzen... Dlugie spacery nad morzem, wieczory w jacuzzi przy kieliszku szampana, noce przeplatane rozmowami o odleglych galaktykach i seksem ;) Chwilo trwaj!
A szara codziennosc da sie udzwignac :)
komentarze [1]...streets of Marrakech... >> wtorek, 18 stycznia 2011 10:10:27
Czas mi przelatuje przez palce. Jeszcze przed chwila bylam w Afryce. A tu juz druga polowa stycznia leci i deszcz pada w Londynie. Lepszy deszcz niz snieg... Ale i tak zmotywowalo mnie to, zeby do Afryki jeszcze raz niedlugo. A potem do Indii. Bo marzenia sa po to, zeby je spelniac. I niezaprzeczalnym plusem bycia nieprzywiazana do zadnego chlopa jest to wszechogarniajace poczucie lekkosci - chce jechac to jade i nie musze braz ze soba tego bagazu. Tobolka, jakby powiedziala moja siostra ;-)
A Marrakech jest niesamowity. Miasto pachnace przyprawami i od czasu do czasu wielbladzim lajnem ;-) Miasto o wielu twarzach. Miasto soukow i ogrodow. Kotow i Berberow. W tej kolejnosci ;-) Niesamowita atmosfera. I fakt, ze w srodku zimy slonce mi pali skore na nosie ;-)
A jednak nie warto zyc w samotnosci tylko po to, zeby miec doskonale wakacje. Cos sie zaczyna. Delikatnie i powoli rozwija. Poczekam, popatrze i zrozumiem wiecej. Poki co - enjoy my life to the full :-D
komentarze [1]...I paint my lips red to help you recognize me in the crowd... >> poniedziałek, 1 listopada 2010 21:49:34
Przed chwila byl czerwiec, dzisiaj listopad. Czas gna do przodu. Jakies takie od czapy bylo to lato. Za duzo energii wkladanej w niewazne sprawy plus szukanie nowej pracy i schizyczne znajomosci...
W tej chwili jest ok. Wyrownal sie teren, mniej gorek i dolinek. Swietna praca za w koncu naprawde dobre pieniadze. I od razu sie tam latwiej przychodzi w poniedzialek rano ;) Za 2 miesiace bede szukac nowego mieszkania. Tym razem bez wspolokatora z kliniczna depresja. Kolejny plus... Zaplanowalam wakacje. Lece do Marrakeszu w grudniu. Zwiedzanie, zakupy, spa... Wielblady? ;)
W sercu pusto, przez lozko sie przewija poprzedni rozdzial. Tylko taka strasznie gorzka ta czekolada. A ja nie lubie gorzkiej. Bo juz nawet nie chce mi sie udawac, ze miedzy nami jest cos, cokolwiek... poza chemia oczywiscie. Ale ile mozna zyc na chemii? Problem polega na tym, ze to, co bylo, bylo tak mega zajebiste, ze maksymalnie zawyzylo poprzeczke. Tak, BYLO, a nie jest, wiec moze im wyzej, tym wieksze ryzyko upadku jednak, ale nie przeszkadza mi to patrzec tak strasznie krytycznie na rodzaj meski teraz. Moze go mimo wszystko w koncu wypatrze. Albo on mnie. W koncu maluje usta czerwona szminka...
komentarze [0]...jeszcze nie Twoja, nie jego juz... >> sobota, 5 czerwca 2010 21:11:36
Na przedprogu 25-lecia. Chwilowo lzejsza o Wielka Milosc i 10kg...
Znowu madrzejsza. Znowu silniejsza. Nie przetrwalo, bo cos tam... czego nie rozumiem. Ale to juz nie wazne. Tak, brak czasem. I sa wspomnienia, ktorych nie wolno przywolywac, muzyka, ktorej nie wolno sluchac, zapachy, ktorymi nie wolno sie otaczac. Jeszcze. Myslalam, ze nie dam rady bez antydepresantow. Ale odstawilam po 4 dniach. Nie moge nie czuc. Rzucilam sie w diete. Bardzo skutecznie. Zrobilam pare rzeczy, ktore juz zbyt dlugo czekaly w poczekalni - wybielilam zeby, zapisalam sie na kurs tanca indyjskiego... Nie mysle.
Z reszta juz ktos inny mi zaprzata mysli... Takie to proste. Czyzby pokora wobec zycia? Zaakceptowanie w koncu, ze nie na wszystko mam wplyw? Czekam sobie. Moze akurat. Moze nie. Ale juz wiem dokladnie, czego chce. I albo to znajde albo spedze zycia na szukaniu. Ale 'I won't settle for something less than great!' I moze to nawet najwazniejsza lekcja w zyciu.
komentarze [1]...zgubilam sie w tym tlumie... >> wtorek, 20 kwietnia 2010 20:00:10
Wiosna w Londynie, a ja przechodze spoznione przesileniowe zmiany nastroju albo cos... W koncu ruszylam dupe i wyszukalam sobie studia. Bede robic degree in Social Work. Ech, moze to po prostu boli rozstanie z marzeniami. Ale lepiej byc dobrze oplacanym social workerem niz niespelniona artystka z brakiem kasy na dobra szkole fotogroficzna. Z reszta moze jako ten social worker uda mi sie zrobiac ta szkole wieczorowo. Pozniej. Wtedy, kiedy wszystkie inne grzeczne dziewczynki w moim wieku beda zachodzic w ciaze i nianczyc dzieci. Znowu te dzieci... Zjazd rodzinny mi sie szykuje i mdlo mi sie robi...
Tak sobie mysle o tym, co bylo rok temu. Albo raczej czego nie bylo. I jak daleko udalo mi sie dojsc przez ten czas.
A z Lubym juz 7 miesiecy... Nie powiem, ostatnio nam troche stagnacja zawialo, ale moze to przez stresy. Niemniej nadal do przodu.
Zeby mi juz to przesilenie przeszlo i zebym sie zaczela cieszyc ta wiosna...
komentarze [1]...when u came in the air went out... >> sobota, 3 kwietnia 2010 10:31:20
Kurcze, juz po tak dlugo wyczekiwanych wakacjach... Ech... Pieknie bylo, gory, sloneczko, moje kochanie 24 godziny na dobe, zadnych wyskakujacych zza rogu problemow. Nie kreca mnie narty w ogole, ale moge jezdzic w Alpy dla samych widokow. A teraz znowu w szaro-burym Londynie. Nie, ja nadal kocham to miasto, ale juz by sie moglo zawiosnic. Poza tym podlapalam jakiegos wirusa w pracy zaraz po powrocie i z planow na wielkanocny dlugi weekend nici. No, chwilowo przynajmniej, bo idzie ku lepszemu.
W Ladis bylo cudnownie, bylismy tam z 3 innymi parami i nagle okazalo sie, ze jestesmy jedyna, ktora sie nie kloci, nie rzuca sobie do gardel, nie sarka na siebie, nie ma cichych dni. Jednym slowem, jestesmy raczej bardziej niz mniej dobrani. Moze to tez zasluga tego, ze nie mamy dzieci. I jakos tak sie upewnilismy, ze ich nie chcemy. 'Nie dosc, ze rujnuja Ci zycie, to jeszcze wakacje ;)'. Sorry, wiem, ze mnostwo ludzi nie podziela mojego pogladu, czulam sie jak dziwadlo wsrod tych kobiet rozmawiajacych o przedszkolach, lekach dla dzieci, itp. ale taka jest prawda i uwazam, ze nie mam sie czego wstydzic. Praca z dziecmi zabila mi instynkt macierzynski. Raczej bez szans na zmartywychwstanie.
I tylko bym chciala, zeby moj facet w koncu zebral sie w kupe i powiedzial swojej matce, ze nie poslubi hinduski... Plan byl, ze zaraz po powrocie, kupa zdjec z Alpami w tle i on tulacy ruda europejke na kilku. Hm... Dostal wypowiedzenie z pracy. Firma zwalnia 22 osoby, zeby uniknac bankructwa. Co prawda dostali 3 miesieczny okres wypowiedzenia, wiec wydaje mi sie, ze powinien sobie cos w tym czasie znalezc, ale stres go zrzera. I co i ja mam go jeszcze zmuszac, zeby sobie generowal wiecej stresu narazajac sie na karczemna awanture z cala rodzina? Chcialabym czasem byc bardziej 'bitchie' ale nie umiem...
komentarze [1]...let it be... >> poniedziałek, 25 stycznia 2010 22:42:54
2 dni po aborcji. Czuje sie dobrze. Prywatna klinika, najlepsze mozliwe znieczulenie, przemily personel, moj facet w poczekalni i tylko troche komplikacji. Ale jest ok. Minimalne fizyczne dolegliwosci, ktore powinny ustapic pod koniec tygodnia. Zero wyrzutow sumienia, zero 'co by bylo gdyby'. Podjelismy najlepsza mozliwa decyzje. Dla nas. Za dobrze nam, zeby to zmieniac, zeby ta sielanke burzyc, wywracac do gory nogami i mnozyc konflikty. To nie jest czas na pieluchy, butelki i nocne wstawanie. To jest czas na milosc, zabawe, romantyczne weekendy i niczym niezmacone szczescie. Egoistyczne? Coz... Znam kilka matek, ktore chcialyby cofnac czas. Mimo, ze sa dobrymi mamami i kochaja swoje dzieci. Jednak wolalyby ich nie miec. Ja sie ucze na cudzych bledach. Zbyt duzo juz popelnilam swoich. A moj facet w tym wszystkim zdal najwazniejszy egzamin. Juz wiem, ze jest i bedzie i kocha. I poki co plan na 'odrobienie' tego jest taki, zeby za pare lat pomyslec o adopcji. Przynajmniej nie bede musiala znosic tego permanentnego stanu chorobowego, jakim jest dla mnie ciaza. Niektore kobiety wtedy kwitna. Ja sie czuje, jakbym miala polaczenie grypy zoladkowej z angina i depresja. Moze to znak od mojej podswiadomosci, ze nie powinnam byc matka. I tak wole koty od dzieci.
komentarze [2]...kuch kuch hota hai... >> poniedziałek, 11 stycznia 2010 21:11:24
Zima mnie dobija... I weekend sie skonczyl, a taki fajny byl. W ogole najfajniejsze rzeczy w zyciu sa proste. Jak kolacja przy swiecach, seks do rana, wyjscie do kina albo popoludniowa drzemka. I nic wiecej do szczescia nie trzeba. Tylko, zeby ten snieg stopnial i cieplej sie zrobilo. Bo jak slysze skargi, ze na Florydzie jest zimno, bo tylko 20'C, to mam ochote oddac miesiac zycia za jeden dzien w tych 20 stopniach...
Poza tym to miasto wprawia mnie w nieustajacy zachwyt. Potwierdza sie fakt, ze najszybsze decyzje sa z reguly trafne. Dobrze mi.
I ten moj facet w koncu taki normalny. Bez jakiegos wielkiego problemu do rozwiazania, bez schiz dziwnych. Nie moge sie doczekac naszego walentynkowego wypadu, a potem urlopu na nartach w Austrii. Tak z jednej strony nigdy mi go dosc, ale z drugiej nie umieram z tesknoty. Wiec zgaduje, ze to jest to 'przepieknie-normalnie'. I oby trwalo.
komentarze [0]...Im having the time of my life... >> piątek, 1 stycznia 2010 01:19:22
Konczy sie rok. Dobry rok. Duzo pozytywnych zmian. Chyba doroslam troszke.
Uwielbiam Londyn, bardzo sem zadowolona z przeprowadzki, lubie moja obecna prace, caly czas sie czai wizja jakichs kursow, studiow wieczorowych-zaocznych...
No i facet. Taaa, kolejny. Niemniej nadzieja nigdy nie umiera ;) I tak jakos dobrze jest. I tyle.
komentarze [1]...cisza, ja i czas... >> środa, 9 września 2009 20:25:45
Wreszcie spokoj! Fajna praca, fantastyczne mieszkanie, pomaly wychodze z dlugow :)
I czuje, ze jestem we wlasciwym miejscu i czasie. Dobrze mi tu. I tyle mozliwosci :) Studiowania, randkowania, wypoczywania (aktywnego i nie). D. zamiescil ogloszenie, ze szuka faceta dla swojej wspollokatorki, zeby sie jej czasem pozbyc i miec wolna chate. Ponad 100 zgloszen. Robie casting :) Bo pewien piekny jest chwilowo w Malezji. Coz... Zobaczymy, jak wroci.
Poki co uszczesliwiaja mnie ostatnie letnie wieczory, widok z okna, kubek czekolady i pokoj pelen swieczek. Niewiele potrzeba do szczescia :)
komentarze [0]...here we go again... >> wtorek, 28 lipica 2009 13:15:34
Czasami warto jest czekac TAK STRASZNIE DLUGO na cos :) Dostalam taka oferte pracy, ze miodek. Zaczynam we wrzesniu. W dodatku w przemilej dzielnicy Herne Hill ktora ma bezbledne polaczenie z centrum (w nocy tez ;) i NIESAMOWICIE TANIE mieszkania. To znaczy niesamowicie tanie w porownaniu z innymi ciekawymi dzielnicami. Znalazlam tez sobie wspollokatora, ktory kocha koty. Chwilowo biegamy i ogladamy i szukamy idealnego miejsca :) Jest dobrze i robi sie lepiej.
Dobitnie sie przekonalam, ze jednak jestem silna. Ze juz sie umiem wymiksowywac (emocjonalnie tez, a moze przede wszystkim) z ukladow, ktore mi nie odpowiadaja. W koncu jestem w Londynie, miescie mozliwosci nieogranizonych ;)
komentarze [0]Salaam-E-Ishq >> wtorek, 26 maja 2009 22:51:08
Czy mozna byc z kims szczesliwym, nie bedac zakochanym? Czy mozna uwielbiac druga osobe, miec z nia tyle tematow do obgadania, czuc sie tak swobodnie, miec naprawde zajebisty seks i to wszystko bez tego klikniecia, bez tej chemii, ktora tak ciagnie do drugiego czlowieka? No bo spotykamy sie od dwoch tygodni, rozmawiamy codziennie godzinami i do niedawna myslalam, ze to jest wlasnie najlepsza droga do przyjazni. Dopki przypadkiem nie wyladowalismy w lozku. I lunch nie zamienil sie w 48 godzin seksu. No prawie... Starym zwyczajem - poczekam, popatrze, zrozumiem wiecej...
komentarze [0] Il a l'air d'un ange, mais c'est un diable de l'amour... >> piątek, 22 maja 2009 11:39:43
Zabawne, uświadomić sobie, że mimo kolejnej wielkiej zmainy i kolejnego świeżego startu, pewne rzeczy, zdarzenia, 'przypadki' wracają z cykliczną regularnoscią... Hm...
Siedzę na dupie u N., szukam pracy i dostaję pomału białej gorączki. Nie, że na pracę trzeba poczekać, to ok, ale ja... że tak powiem, mam inne standardy niż N., co powoduje starcia liczne. Jestem za stara, żeby dzielić swoją prywatną przestrzeń. Czasy akademika już minęły. Na szczęście już sobie pomału zorganizowałam kilka odskoczni. Coraz bardziej się utwierdzam w przekonaniu, że dużo łatwiej mi się dogadać z facetami. Na płaszczyźnie przyjaźni oczywiście. Babskie wieczory przy za dużej ilości wina i obgadywanie facetów jakoś mnie nie kręcą. Ja wolę jednego z tychże spotkać na mieście i pojść na kolację i musical. Coż, każdemu według potrzeb :) Ciekawi mnie, że nadal nie trafił mnie piorun. Niby dużo tego dookoła, a jakoś tak nie mogę zakliknąć właściwie z żadnym. No ale nie ma powodów do narzekań! Zamaist tańczyć w powietrzu, skupiam się na zbudowaniu kilku przyjaźni. Jednej nawet z bonusem, czyli zaspokajam większość swoich kobiecych potrzeb ;) A jak się już ustawię z pracą i mieszkaniem, to dopiero będzie fajnie :)
komentarze [0]